Przez wiele lat poruszałem się w świecie symboliki chrześcijańskiej. Jednym z pojęć, do których często wracałem, był grzech. Dzisiaj zastanawiam się, czy w coraz bardziej zsekularyzowanym świecie pojęcie to nie stało się anachronizmem, czy nadal potrafi opisywać coś istotnego w ludzkim doświadczeniu.
Z tamtego okresu pozostała ze mną jedna średniowieczna metafora. Wierzono, że zło nie potrafi stworzyć niczego własnego, lecz jedynie naśladuje dobro. Zachowuje jego formę, zmieniając jedynie kierunek. Nie jest twórcze. Powtarza gest, nie rozumiejąc jego znaczenia.
Dzisiaj, po wyjściu poza świat instytucjonalnego chrześcijaństwa, odczytuję tę figurę inaczej. Nie interesuje mnie już opowieść o walce dobra ze złem. Znacznie bardziej fascynują mnie momenty, w których człowiek zaczyna tracić kontakt z samym sobą. Gdy stopniowo traci wewnętrzną spójność, a jego życie coraz bardziej pogrąża się w chaosie i wewnętrznym niepokoju.
W tym sensie siedem grzechów głównych przestało być dla mnie katalogiem przewinień. Stało się mapą różnych form wewnętrznego niespełnienia oraz sposobów, w jakie można pomylić własne pragnienie z jego imitacją.
Cykl Monkey Grove jest próbą uchwycenia właśnie takich momentów. Każdy obraz opowiada o innym rodzaju naśladownictwa, o innym sposobie oddalania się od własnego centrum i zastępowania go czymś, co jedynie je przypomina.